Najnowsze dzieło Romana Polańskiego ani trochę nie ustępuje poziomem poprzednim filmom twórcy Chinatown, Dziecka Rosemary czy Pianisty. „Autor widmo“ to świetnie zrobiony, klasyczny threller, doskonale zagrany (Brosnan i McGregor), a Polański po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem w budowaniu atmosfery napięcia grozy.
To nie jest film pełen fajerwerków, ale jest w nic coś niesłychanego, co wciąga i sprawia, że ten niehollywoodzki thriller ogląda się wspaniale - powiedział redaktor naczelny miesięcznika "Film".
Podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmów w Berlinie 2010, jedną z głównych nagród, Srebrnego Niedźwiedzia dla najlepszego reżysera otrzymał Roman Polański za swój najnowszy film "Autor Widmo".
20 października, godz. 19:00
Pokaz zamknięty, wstęp za zaproszeniami, zaproszenia do odbioru przed seansem przy sali koncertowej DKP.
Czas trwania: 122 min
Gatunek: Dramat, Thriller
Premiera: 19 lutego 2010 (Polska) 12 lutego 2010 (Świat)
Reżyseria: Roman Polański
Scenariusz: Robert Harris, Roman Polański
Ścieżka dźwiękowa: polska
Jaki film nakręcił Roman Polański? W wyniku niespodziewanego szumu medialnego wokół jego osoby, trudno stwierdzić to definitywnie. Jeśli pokusić się o interpretację "Autora widmo" w kontekście bieżących wydarzeń, otrzymamy intrygujący apel o powściągliwość osądów. Jednak już w oderwaniu od przymusowego aresztu domowego i oskarżeń o pedofilię, jego film staje się przede wszystkim zgrabnie skonstruowanym thrillerem politycznym, których wokół nie brakuje. I tylko jeden element sugeruje, by zwrócić się ku filmowi Polańskiego właśnie, aniżeli pokochać, dajmy na to, "International" Toma Tykwera. Autorska perspektywa. "Autor Widmo" może i różni się formą od sztandarowych dokonań Polańskiego: "Dziecka Rosemary" czy "Lokatora", może nie ma ich tempa i siły oddziaływania, ale nawet przez chwilę nie pozostaje wyblakłą kalką spopularyzowanej konwencji. Duch reżysera jest tu cały czas obecny, nadaje intrydze charakteru, skutecznie mnożąc odautorskie elementy. I to mimo, iż Polański nie uczestniczył bezpośrednio w etapie postprodukcji. Diabeł jednak tkwi w szczegółach: szarzyźnie jesiennego nieba, napiętych twarzach aktorów, elementach absurdu czy ścieżce dźwiękowej tak bardzo usiłującej zbagatelizować powagę zdarzeń, iż te pokrywa w końcu druzgocąca nerwowość.









